Katarzyna Busłowska "W samą porę"

Kiedy zgłosiła się do mnie autorka książki i zaproponowała mi zrecenzowanie jej pomyślałam czemu nie. Opis wydawał mi się zachęcający, dlatego z chęcią przyjęłam propozycję. Czy mi się podobała zapraszam do dalszej części.
Karolina Mec jest trzydziestojednoletnią kobietą. Nie ma dzieci, męża, narzeczonego, chłopaka ani nawet kandydata na kochanka. Ma za to trzy postrzelone przyjaciółki, krnąbrnego psa imieniem Kazimierz oraz imponujące doświadczenie w zarządzaniu mikro- i małymi przedsiębiorstwami. Wyczerpana latami intensywnej pracy, szuka nowego celu.
Janek Drzewiecki, światowej sławy gitarzysta, wyjechał z Polski kilkanaście lat temu i ani raz nie żałował swojej decyzji. Lata rockandrollowego trybu życia utwierdziły go w przekonaniu, że jest niezniszczalny, a świat leży u jego stóp. Po nagłej śmierci przyjaciela traci grunt pod nogami, by zacząć od nowa.
Choć więcej dzieli ich niż łączy, a zdrowy rozsądek ostrzega przed cierpieniem, to przecież, jak mawiał Pascal "serce ma swoje racje, których rozum nie zna".
W samą porę to piękna i wzruszająca opowieść o wielkiej przyjaźni, bólu po stracie bliskiej osoby, zdradzie, zrozumieniu, a głównie o miłości - z muzyką rockową w tle.

Karolina to przykład kobiety sukcesu, a raczej chciałoby się powiedzieć rekina biznesu. Zajmuje się głównie inwestowaniem w niewielkie firmy i wyprowadzaniem ich na wyższy, stały poziom. W otoczeniu biznesowym uważana jest za osobę twardą, niedostępną i nieznoszącą sprzeciwu, taką z którą nie należy zadzierać. 
Janek członek jednego z popularniejszych zespołów heavymetalowych w USA Brompton Cocktail wygląda jak prawdziwa gwiazda rocka - niecodzienna fryzura, cały w tatuażach. Dodatkowo taką samą ma otoczkę w mediach.

Wydawałoby się co mogłoby ich łączyć? Zbieżność charakterów. Tak, dobrze czytacie, bo oboje w zaciszu domowym są zupełnie innymi osobami, a nawet dwiema odrębnymi. To tak jakby oddzielali od siebie dwa światy grubą krechą. Karolina chociaż jest bogata i mogłaby sobie pozwolić na wszystko co zechce mieszka w starym rodzinnym domu, otoczona pamiątkami z przeszłości, jeździ starym mustangiem, dostała go od ojca na osiemnaste urodziny, który więcej czasu spędza u mechanika niż na ulicy. A większa część firm w które zainwestowała to marzenia swoich kolegów ze szkoły, czy studiów. Tak naprawdę to ciepła osoba, której największym marzeniem jest założenie rodziny.
Janek natomiast pomimo zewnętrznego wyglądu i tej otoczki gwiazdy jest ciepły, bardzo uczuciowy, bardzo lubi towarzystwo dzieci, wolny czas najchętniej spędza w domu, gdzie jest cisza i spokój, dodatkowo słucha muzyki klasycznej. Nie może się pozbierać po śmierci Craiga przyjaciela i założyciela zespołu.

Najbliższe przyjaciółki Karoliny nie są takie "postrzelone" jak okładka je określa. Brakowało mi tu właśnie takich szalonych koleżanek, które każdy kłopot umiałyby obrócić w żart.

Akcja toczy się powoli, własnym tempem i właśnie to w tej książce jest fajne. Nic nie dzieje się tak od razu. Tak samo bohaterowie muszą się dobrze poznać zanim zaczną się spotykać. To książka na realia zwykłego szaraczka, tylko odjąć te bogactwo Karoliny i gwiazdę rocka, a dać im normalne zajęcia ;) To taki typowy romans, może nazwałabym go nawet w dawnym stylu (tzn. przed epoką Greya i jemu podobnych), dla wyjaśnienia nie romans współczesny, który posłużyłby za scenariusz do filmu puszczanego po północy, tylko taki normalny - za co autorka ma wielki plus. W książce za dużo jest o Craigu, momentami zastawiałam się o kim w końcu jest ta książka. Czasem miałam takie wyobrażenie, że Karolina i Janek to tylko poboczne postacie.
Pewnie wiele osób się zastawia dlaczego na okładce jest fragment "Stworzenia Adama" Michała Anioła? Jest to jeden z licznych tatuaży Janka.

"W samą porę" to książka idealna na lato, lekka, bardzo miło spędziłam z nią czas. Zabrakło mi w niej tylko takiej iskry, wątku, który wzbudziłby w czytelniku większe emocje.

Moja ocena: 6,5/10

Czytaj dalej

Liliana Fabisińska "Córeczka"

Zupełnie zapomniałam o tym, że równo 1 lipca blog "Czekolada i truskawki" obchodził drugie urodziny. Mam nadzieję, że mi wybaczy, że nie złożyłam mu życzeń :(
Kochanek sprzed lat.
Obietnica złożona małej dziewczynce.
Sekret, który może kosztować życie wielu ludzi.
Agata jest szczęśliwą żoną i matką. Ekspertem od wychowywania dzieci i rozwiązywania rodzinnych problemów. Pewnego dnia w progu jej mieszkania staje dziewczynka, której Agata kiedyś zbyt pochopnie złożyła obietnicę. Ta chwila zmienia życie Agaty. Na nią samą, jej męża i ukochanego synka pada strach. Żeby odzyskać spokój, Agata będzie musiała zapukać do wielu drzwi i wyjawić obcym osobom swoje najskrytsze tajemnice. Zrozumie też, że czasami milczenie może kosztować życie wielu ludzi.
"Córeczka" to powieść o różnych obliczach miłości, o sile, którą może odnaleźć w sobie kobieta w najtrudniejszej w życiu chwili. O przeszłości, która staje się teraźniejszością i o odpowiedzialności, która czasami każe dokonywać śmiertelnie trudnych wyborów.

Agata wykłada na uniwersytecie, jest wziętym psychologiem dziecięcym i często gości w mediach jako ekspert. Te wszystkie obowiązki sprawiają, że dla rodziny nie ma prawie wcale czasu. Całe jej życie wywraca się do góry nogami kiedy w drzwiach staje Kropeczka - dziewczyna, która przez kilka dni nazywała ją "mamą". Nie miała z nią kontaktu od tamtej pory. Przybycie dziewczyny powoduje, że tajemnice z przeszłości muszą wyjść na jaw.
Samą książkę, czyta się bardzo szybko. Chociaż tematyka nie należy do najłatwiejszych. Nie będzie to spojler, bo jak tylko weźmiecie książkę do ręki od razu przeczytacie, że dotyczy ona HIV.

Teraz trochę o bohaterach. Agata - chociaż jest bardzo dobrym psychologiem, to tak naprawdę sama powinna chodzić na terapię ("Lekarzu, lecz się sam"). Jest jednym, wielkim kłębkiem nerwów, jest bardzo rozchwiana emocjonalnie, nie panuje nad własnymi uczuciami i ma sporo fobii. Chociaż specjalizuje się w wychowywaniu dzieci i relacjach z nastolatkami to jej relacje ze swoim synem są bardzo złe. Filip, również ma problemy emocjonalne: ktoś podniesie głos, coś upadnie - ten już płacze. Nie stosuje metod przez nią zachwalanych i popełnia wiele błędów. Na dodatek powiem, kto z ledwo poznaną osobą przez internet planuje ślub?? Na dodatek nigdy na oczy jej nie widząc - dla przypomnienia Agata jest psychologiem. Tak naprawdę przez całą książkę bardzo mnie denerwowała.
Zuza/Kropeczka - nie dziwię się, że Agata się jej bała. Jednego dnia przychodzi pofarbowana na rudo w koloryzujących szkłach kontaktowych, innego cała na fioletowo - od włosów po strój. Jej zachowanie jest bardzo niepokojące. Czytając momentami myślałam "Ta dziewczyna powinna się znaleźć na oddziale zamkniętym".

Chociaż mam tyle zastrzeżeń do bohaterów, to książka mi się podobała. Mam też kilka "ale" do postępowania Agaty, np. dlaczego nie powiedziała wcześniej mężowi o swoich kłopotach i przeszłości, nie byłoby tyle nieporozumień między nimi.
Książkę polecam, dzięki niej każdy może poczuć jak się czuje osoba oczekująca na "wyniki".

Moja ocena: 7/10
Czytaj dalej

Nowości - czerwiec + podsumowanie czytelnicze

Czerwic minął bardzo szybko. Tradycyjnie pierwszego dnia kolejnego miesiąca przedstawiam to co przybyło w minionym miesiącu. Dla osób, które śledzą mnie na Instagramie nie będą to nowości. Od teraz będę również przedstawiała podsumowania czytelnicze. Zapraszam do oglądania. 
Wiecie lub nie wiecie byłam ostatnio w Warszawie. Przy okazji nabyłam takie drobnostki: Yves Rocher szampon granat, lakiery Essie - 2 w cenie 1 i Nerdsy :D
Teraz przechodzę do stosika hańby, a raczej stosików. Na Instagramie mogliście już zobaczyć okrojoną wersję, tutaj prezentuję rozszerzoną o nabytki siostry (i tak je też będę czytać, więc to tak jakby i moje nowości). Popłynęłam ostatnio na promocjach, głównie za sprawą Znaku i ich promocji (które o zgrozo są co drugi dzień). Także, tego przejdę może do omawiania poszczególnych pozycji:
Od dołu: Mark Helprin "Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety", Patryk Bryliński, Maciej Kaczyński "Facecje", Amie Kaufman, Meagan Spooner "W ramionach gwiazd", Karen Thompson Walker "Wiek cudów", John Corey Whaley "Chłopak, który stracił głowę", Jandy Nelson "Oddam ci słońce" - to efekt moich zakupów w Znaku. Na usprawiedliwienie dodam, że żadna nie kosztowała więcej niż 15 zł ;)
Kate Morton "Dom nad jeziorem", Kim Holden "Promyczek", Winston Graham "Ross Poldark", Jane Austen "Emma", Kornelia Stepan "Żona astronoma" - to już zakupy w Świecie Książki
Katarzyna Busłowska "W samą porę" - to egzemplarz recenzencki od autorki.
Erika Johansen - "Inwazja na Tearling" - za sprawą promocji -50% w Galerii Książki ;)
Robert Foryś "Gambit hetmański" - ze Znaku
Rick Riordan "Greccy Herosi według Percy'ego Jacksona" oraz pakiet "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" - to również efekt promocji w Galerii Książki.
To już zakupy siostry: Magdalena Parys "Biała Rika", Sofia Caspari "W krainie srebrnej rzeki", "W krainie wodospadów", Kathryn Taylor " Powrót do Daringham Hall", "Ocalić Daringham Hall", "Zostawić Daringham Hall", Sarah Jio "Marcowe fiołki", "Dom na plaży" - promocje w Znaku, Paullina Simons "Samotna gwiazda" - Biedronka, Elena Ferrante "Historia ucieczki", "Historia zaginionej dziewczynki", Julie Cohen "Zwodnicza miłość" - Świat książki
Czerwiec niebył tak obfity w przeczytane książki jak w zakupy, ale kilka książek udało mi się przeczytać:
1. Matthew Quick "Wybacz mi, Leonardzie" - od dłuższego czasu piszę jej recenzję, al nie mogę skończyć ;)
2. Eva Pohler "Pgratorium. Wyspa tajemnic" - recenzja
3. Fannie Flagg "Babska stacja" - recenzja
4. Eric-Emmanuel Schmitt "Tektonika uczuć"
5. Liliana Fabisińska " Córeczka"
6. Eric-Emmanuel Schmitt "Moje życie z Mozartem"
7. Patryk Bryliński, Maciej Kaczyński "Facecje"

A jak Wam minął czerwiec pod względem zakupów i czytelniczym?
Czytaj dalej

Fannie Flagg "Babska stacja"

Uwielbiam książki Fannie Flagg, ale jak dotąd nie czytałam jej kultowej powieści "Smażone zielone pomidory". Pod ich wpływem, można się przenieść nie tylko do Stanów, ale też i w czasie. Zazwyczaj pokazuje sielankowe miasteczka z lat 40-60tych, w których wszyscy się znają i gdzie każdy chce zamieszkać. Tym razem mamy inną powieść, chociaż też można ją podciągnąć pod idyllę.
Fannie Flagg powraca z nową, wciągającą, pełną humoru i rodzinnych tajemnic powieścią!
Jeden list wywraca do góry nogami uporządkowane życie Sookie i podważa wszystko, co wiedziała o sobie, swojej rodzinie i przeszłości. Bohaterka wyrusza w daleką podróż do Kalifornii, aby odkryć swoje korzenie. Poznaje niezwykłą historię temperamentnej i pomysłowej Fritzie, która w latach czterdziestych prowadziła wraz z siostrami stację benzynową, była także jedną z nielicznych cywilnych lotniczek. Wkrótce okazuje się, że te dwie tak różne kobiety łączy o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać...
Czy losy kobiet z Babskiej Stacji zainspirują Sookie do zmiany swojego życia?

Sookie Poole jest zapracowaną gospodynią domową przed sześćdziesiątką. Właśnie wydała ostatnią ze swych trzech córek za mąż (został tylko syn) i wreszcie ma czas na przyjemności. Mieszka na południu stanów gdzie każdy kontynuuje tradycje konfederackie. Opiekuje się swoją matką Lenore, z którą nie ma łatwego życia. Pomimo swojego podeszłego już wieku przewodniczy prawie wszystkim organizacjom w okolicy. Kiedy coś jej się nie podoba mówi to wprost, przez co już nie raz toczyła się sprawa w sądzie. Potrafi wydzwaniać do różnych ludzi z różnych stron świata, czy gazet. Jest dumna ze swojego rodu Simmonsów, który jak twierdzi wywodzi się z angielskiej rodziny królewskiej. Przez całe życie zmuszała swoją córkę do włączania się do różnych organizacji i odpowiedniego zachowania.
Życie Sookie wywraca się do góry nogami, kiedy dowiaduje się, że nie jest tą osobą którą myślała, że jest przez całe życie...

Książka jest poprzeplatana rozdziałami o Sookie i o rodzinie Jurdabralińskich z miejscowości Pułaski. Tak dobrze myślicie, to rodzina z Polski, chociaż nie wiem po co tak wymyślne nazwisko. Przed wojną i podczas niej prowadzili stację benzynową, a przez pewien czas zajmowały się nią córki z owej rodziny, dlatego nazywana była Babską Stacją. Najwięcej jest tu o losach najstarszej Fritzie, która przed wojną była akrobatką-pilotką w latającym cyrku. A podczas wojny przyłączyła się do WASP, czyli Kobiecych Sił Powietrznych. Podczas wojny miały one za zadanie transportować samoloty prosto z linii produkcyjnej w określone miejsca w kraju, gdzie przejmowali je żołnierze. 
Tak naprawdę można się w tych fragmentach dużo dowiedzieć jak kobiety były dyskryminowane. Ile siły musiały włożyć w swoją pracę. Jak długo musiały się uczyć lotnictwa, mechaniki, kiedy mężczyźni już po dwu miesięcznym kursie dostawali pozwolenie latania i wyruszali na wojnę. Często były obiektem drwin z ich strony, a one o wiele więcej umiały. Niekiedy żaden mężczyzna nie chciał wsiąść do pewnego typu samolotu, bo był dla nich za ciężki, a kobiety bez trudu się do nich przystosowywały.

Słyszałam wiele opinii, że autorka przedstawiła Polaków w złym świetle i nie szukała bardziej precyzyjnych informacji. Ja bym to inaczej ujęła. Ona pokazała co wiedzą amerykanie na nasz temat. Oczywiście głównie są to takie stereotypowe informacje jak: lubią kapustę, są pracowici, mili, dobrze grają na akordeonie. Chociaż był moment kiedy wiem na pewno, że autorka musiała zagłębić się w historię Polski, kiedy była wzmianka o tym, kiedy upadła Warszawa i skąd były wysyłane informacje w tym czasie - jestem pewna, że przeciętny Amerykanin tego nie wie.

Język, jak zawsze świetny, bez zarzutów, czyta się bardzo szybko, a przy końcu nie chce się opuszczać tego książkowego świata. Książka w bardzo wyraźny sposób pokazuje, że kobiety mogą robić w życiu co tyko chcą, ale są niedoceniane i dyskryminowane. Zdecydowanie warto przeczytać!

Moja ocena: 8/10
Czytaj dalej

Nivea pielęgnujący płyn micelarny

W  nowościach z ostatniego miesiąca pokazywałam Wam płyn micelarny Nivea, który dostałam do testowania od BLOGmedia. A teraz nadszedł moment na recenzję.
Od producenta: Nivea pielęgnujący płyn micelarny do cery normalnej i mieszanej. Formuła 3w1 do twarzy, oczu i ust z witaminą E:
1. usuwa makijaż i skutecznie oczyszcza skórę
2. łagodnie usuwa makijaż oczu i pielęgnuje rzęsy
3. nawilża i pozwala skórze oddychać
Po użyciu skóra jest oczyszczona, odświeżona i wygląda pięknie.
Zawarte w płynie micelarnym cząsteczki zwane micelami działają jak magnes, usuwając makijaż i zanieczyszczenia. Dzięki temu płyn skutecznie i łagodnie oczyszcza skórę bez konieczności pocierania.
Płyn zamknięty jest w klasycznej butelce, mieszczącej 200 ml. Otwieranie na zatrzask, bardzo dobrze się sprawuje - lekko się otwiera jak i szczelnie zamyka. Idealnie dozuje ilość wylewanego płynu na płatek. Sama butelka jest bardzo poręczna. Opływowy kształt sprawia, że dobrze jest ją trzymać w dłoni. Jest niewielka, więc łatwo można znaleźć miejsce na półce w łazience. Szata graficzna oczywiście jak to przystało na Nivea bardzo minimalistyczna - podobają mi się takie bez zbędnych dodatków.

O konsystencji ciężko tu mówić, bo to przecież bezbarwny płyn ;) Natomiast o zapachu już tak. Bardzo świeży, taki kosmetyczny, typowy dla Nivea zapach. Wcale nie przeszkadza w użytkowaniu. 
Znając już trochę produkty Nivea, gdzie w składzie zaraz po wodzie występuje alkohol obawiałam się, czy i w tym produkcie też będzie. Na szczęście mile mnie zaskoczyło, ponieważ go nie ma. Płyn dobrze oczyszcza skórę z makijażu. Zmywa również tusz, ale nie wodoodporny. Jest delikatny dla oczu, mi nic nie robi, jednak wrażliwcy muszą uważać. Po przetarciu skóra nie jest zaczerwieniona, ani ściągnięta, mogę nawet powiedzieć, że delikatnie ją nawilża. Można stosować go również do oczyszczania skóry, jego działanie jest równorzędne z tonikiem. Nie powoduje pieczenia w podrażnionych okolicach. Z wydajnością jest ciężko powiedzieć. Zależy tu od potrzeb konkretnej osoby, ale tak myślę, że 2-3 miesiące powinna taka butelka wystarczyć.
Koszt takiej butelki to ok. 15 zł. Oczywiście występują trzy warianty: do cery normalnej i mieszanej, suchej oraz wrażliwej i nadwrażliwej, więc każdy znajdzie coś odpowiedniego dla swojego typu skóry.

Mogę go szczerze polecić wszystkim osobom szukającym dobrego płynu micelarnego.
Czytaj dalej

Eva Pohler "Purgatorium. Wyspa tajemnic"

Myślę, że wiele z Was słyszało o książce "Purgatorium". Wydawnictwo zapewniło jej ogromną reklamę, która spowodowała że zapragnęłam ją przeczytać. Okładka, również przykuwa uwagę, opis bardzo intrygujący, ale czy treść jest równie zachwycająca zobaczcie sami.

Hortense Gray jest psychologiem eksperymentalnym. Ratuje życie, ale ceną, jaką trzeba za to zapłacić, jest... śmiertelne przerażenie.
Siedemnastoletnia Daphne Janus nie może uwierzyć, że rodzice pozwalają jej jechać z najlepszym przyjacielem na wakacje. Tak naprawdę pobyt w pięknym kurorcie na niewielkiej wyspie u wybrzeży Kalifornii to ostatnia, desperacka próba ocalenia dziewczyny.
W miejscu tym są przeprowadzane eksperymentalne terapie dla osób ze skłonnościami samobójczymi. Początkowo niekonwencjonalne zajęcia są ekscytujące - duchy w pokoju, awaria windy, przygoda podczas wycieczki kajakiem - to wszystko robi wrażenie. Ale kolejny dzień przynosi nowe wyzwania... Gdy podczas jazdy terenowej dziewczyna odłącza się od grupy, rozpętuje się istne piekło. Daphne zaczyna zastanawiać się, czy rodzice wysłali ją na wyspę po to, by jej pomóc, czy też aby ją ukarać.
Daphne cierpi na depresję od czasu śmierci jej siostry, którą zabił chory na schizofrenię jej starszy brat. Wielokrotnie próbowała się zabić, ma pretensje do siebie, że nie zapobiegła śmierci siostry (słyszała odgłosy dobiegające z jej pokoju). Wierzy, że jej rodzice również ją o to obwiniają. Cam jej najlepszy przyjaciel wpada na pomysł, że pojadą na wakacje na pewną wyspę. Dziewczyna się zgadza (ma nadzieję, że tam z dale od czujnych rodziców uda jej się zabić). Wszystko wydaje się niewinne dopóki na statku nie poznaje doktor Gray, która informuje ją, że będzie uczestniczyła w terapii. Wyspa osnuta jest wieloma legendami o indiańskim plemieniu i ich bożkach, którzy mordowali tamtejszą ludność. Jest też nawiedzona farma i liczne niebezpieczne miejsca.
Początkowo Daphne spotykają niewinne rzeczy typu: wieczorna wizyta duchów, czy zatrzaśnięcie w windzie (ma klaustrofobię i boi się wind). Jednak im dłużej tam przebywa zaczyna mieć świadomość, że ktoś chce ją zabić. Nie wie komu ma już wierzyć, niektórzy kuracjusze opowiadają, że są tu siłą przetrzymywani i od wielu dni nie mogą się wydostać z wyspy. Daphne zaczyna się zastanawiać, czy rodzice nie wysłali jej tu za karę...

Sam pomysł na historię jest bardzo fajny. Tajemnicza wyspa i niespodziewane wydarzenia oraz ta mroczna otoczka. Wszystko pięknie by wyglądało gdyby nie wykonanie. Autorka nie umiała przelać swoich myśli na papier. Już od pierwszych linijek zastanawiałam się, czy nie napisała jej jakaś trzynastolatka (nie obrażając trzynastolatek), która co jakiś czas wstawiała trudne słowa znalezione w słowniku synonimów. Znalazłam wiele powtórzeń, tekst nie jest dopracowany, jakby to była pierwotna treść, bez poprawek, a nie ostateczna wersja. Denerwowało mnie też nazewnictwo wszelkich zwierząt głównie morskich, których w książce jest multum. Jakby nie można było powiedzieć po prostu wieloryb, a nie humbak. Dobrze, że jeszcze nie podawała ich łacińskich nazw. Wiecie co jest w tym śmiesznego? Autorka wykłada literaturę na jednym z uniwersytetów w Stanach. Jeżeli wykładowcy tak tam piszą, to ja współczuję studentom. 
Wydarzenia w książce bardzo szybko się zmieniają. Bohaterka po prostu pędzi ekspresem przez całą książkę. Czasem ciężko jest się nad czymś zastanowić, bo zaraz pojawia się coś nowego. Autorka mąci w głowie czytelnikom, samemu nie wie się wreszcie co jest prawdą. A zakończenie jest po prostu banalne.
Książka jest bardzo okrojona z treści. Jakby autorka chciała zamieścić wszystko w jak najmniejszej liczbie stron (książka ma ich tylko 304).
Główna bohaterka nie jest osobą, którą można polubić. Na dodatek nie jest dopracowana. Przez dwa lata cierpi na depresję, nie wychodzi z domu, ba nawet z łóżka! Odcina się od przyjaciół, zraża do siebie swojego chłopaka. Cały czas powtarza sobie: "To przez ciebie Kara nie żyje" i ma wyrzuty kiedy nawet się uśmiechnie. A tu nagle pojawia się jej najlepszy przyjaciel, z którym się przez te dwa lata nie widziała i mówi: "Hej, pojedź ze mną na wakacje, zabawisz się." Ona mówi: "Ok, to jedziemy." No i pojechali. Na wyspie jakby nigdy nic śmieje się i dobrze bawi. Jakby jeszcze wczoraj nie myślała o samobójstwie i zadręczała się śmiercią siostry. Tak pstryknie palcami i jest jej wesoło. A ta próba samobójcza na wyspie to też jakby autorka sobie nagle przypomniała: "Przecież ona tu przyjechała się zabić! No dobra dajmy jej do ręki nóż.". Ma chłopaka, którego kocha, no może od dłuższego czasu się widywali, ale jednak jej uczucia się nie zmieniły, ale nie, musi się oglądać za innymi.

Kiedy zaczynam nową książkę zawsze wchodzę na Lubimy czytać i zaznaczam, że "teraz czytam". Kiedy weszłam na "Purgatorium" byłam bardzo zdziwiona, że jej średnia to tylko 5,25. Spodziewałam się, że będzie o wiele wyższa, a tu takie zaskoczenie. Teraz już wiem, że ta średnia jest adekwatna do treści. Najlepsze jest to, że to pierwszy tom serii. Już wiem, że po kolejne nie sięgnę. 

Moja ocena: 5/10
Czytaj dalej