W ostatnim czasie w moim kominku królują zapachy z Village Candle. Te, które mam idealnie wpasowują się w obecną aurę. Bohaterem dzisiejszego postu jest zapach Eternal.
Opis ze strony sklepu: Wanilia, szałwia, paczula, nuta wodna.
Posiadam sampler (wszystkie moje zapachy z Village Candle to samplery), ale to tylko plus, ponieważ na dłużej mi starczy. Naklejka magiczna, przykuwająca uwagę - para huśtająca się na huśtawce w zachodzącym słońcu. Przyznam, że to właśnie ona skusiła mnie do zakupu.
Zapach jest dość intensywny, ale nie aż tak mocno żeby bolała od niego głowa. Z opisem zgadzam się tylko w pewnym stopniu. Wyczuwam w nim słodkie, ciasteczkowe nuty, czyli wanilię i wodnisty, trochę słodki i bardzo owocowy melon. Jest to bardzo ciekawa mieszanka, zdecydowanie niepowtarzalna.
Eternal bardzo polubiłam i często go palę. Idealnie nadaje się na obecną pogodę jeszcze nie do końca ciepłą. Myślę, że spodoba się wielu osobom.
Czytaj dalej
Nie muszę ukrywać, że bardzo lubię żele pod prysznic. Dostępnych jest tyle wariantów zapachowych, że jest w czym wybierać. Każda firma oferuje ich kilka, dlatego każdy może znaleźć coś dla siebie. Jedną z moich ulubionych firm mających w swojej ofercie żele jest Avon. Często do nich wracam, a jednym z moich ulubionych jest bohater dzisiejszego posta Lagoon.
Żel zamknięty jest w klasycznej butelce. Posiadam jeszcze starszą wersję, która ma inne zamykanie. Na każdym opakowaniu jest bardzo barwne zdjęcie, a w tej wersji zapachowej jest to po prostu tytułowa laguna.
Jak widać kolor żelu jest turkusowy - tak to żel, butelka jest przeźroczysta - przypominający kolor wody w lagunie. Każdy żel z Avonu jest gęsty i tak jest i w tym przypadku. Zapach - najważniejszy punkt w żelu - mieszanka zapachu morskiego z kwiatowym i delikatnymi nutami owocowymi. Wybuchowa mieszanka, która należy do moich ulubionych zaraz po Gardenie.
Bardzo dobrze się pieni i myje skórę. Pozostawia ją gładką i miękką. Żel ma neutralny wpływ na moja skórę - ani nie nawilża, ani jej nie wysusza. Żel kosztuje nie dużo, bo w zależności od katalogu można go kupić często za 3-4 zł.
Avon Lagoon jest jednym z moich ulubionych żeli i na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę.
Czytaj dalej
Dni stają się bardziej słoneczne i powoli zbliża się lato. Żeby poczuć ciepłe, letnie powietrze trzeba się jeszcze wspomagać zapachami świeczek i wosków. Dzisiaj chcę przedstawić jeden z takich zapachów Walk on the Beach z Village Candle.
Opis ze strony sklepu: Sól morska, cyklamen, lilia wodna, koralowiec, morski mech i nadmorski las.
Delikatna mgiełka soli morskiej, zroszony cyklamen, lilia wodna i koralowiec. Świeże nadmorskie lasy są prowadzone wzdłuż spiralnej fali morskiego mchu.
Naklejka przedstawia morze, plażę i idącą po niej postać. Jest jeszcze inna wersja tej naklejki z samymi śladami stóp na piasku i fragmentem wyspy - wydaje się to być kadr od drugiej strony.
Wosk rozpala się szybko i jednocześnie wypełnia całe pomieszczenie swoim aromatem. Nie jest to zapach mocny, ani bardzo intensywny.
Zapach jest bardzo morski i świeży, lekko kwiatowy, ale nie w taki toaletowy sposób. Jak powietrze nad morzem głębokie, wodniste, nasycone solą. Można poczuć się jak nad morzem siedząc w domu. Jest to takie połączenie odświeżające idealne w ciepłe i letnie dni, ale też teraz jest idealny.
Czytaj dalej
Dzisiaj może coś kosmetycznego, bo ostatnio trochę rzadziej pojawiają się takie posty, a jest to pomadka Dermacol Love.
Pomadka zamknięta jest w tradycyjnym plastikowym opakowaniu zamykanym na zakrętkę. Jakość plastiku pozostawia wiele do życzenia, jest dość słaby i kruchy. Może nie taki jak w najtańszych pomadkach, ale porównywalny. Szata graficzna przypomina Baby lipsy z Maybelline. Sam sztyft ma kształt serduszka. Przyznam, że nie tylko wygląda to uroczo, ale też jej kanty ułatwiają aplikację.
Konsystencja jest kremowa, łatwo się rozsmarowuje, ale jest też niezwykle miękka. Jest to nie tylko zaletą ale i wadą. Sztyft się łamie (tak jest w moim przypadku), a pod wpływem ciepła szybko się rozpuszcza. Zapach czekoladowy, może jest to trochę wersja kosmetyczna czekolady, ale i tak jest przyjemny.
Jak widać pomadka jest barwiąca, chociaż w moim przypadku zbytnio nie jest widoczna. Jest tylko odrobinę ciemniejsza od naturalnego koloru moich ust. Działanie pielęgnacyjne mogę ocenić jako dobre: nawilża, utrzymuje się długo na ustach, po posmarowaniu są wygładzone i błyszczące.
Ze względu na to, że jest barwiąca idealnie nadaje się zamiast błyszczyków, czy pomadki kolorowej, jak i jako pomadka ochronna.
Z pomadką Dermacol Love polubiłam się. Nawilżenie jest dostateczne, a jej kolor również mi odpowiada, co rzadko się zdarza w barwiących pomadkach ochronnych. Kosztuje ok. 10 zł.
Czytaj dalej
Kolejny post z cyklu "Kącik czytelniczy" tym razem jest to "Królowa lodów z Orchard Street" Susan Jane Gilman. Od kiedy zaczęły się pojawiać zapowiedzi wydawnicze wiedziałam, że muszę ją przeczytać. A dlaczego? No cóż, przykuwająca uwagę okładka i zachęcający opis oraz dlatego, że jest to książka o lodach! a kto nie lubi lodów :)

Opis ze strony lubimyczytać: W roku 1913 Malka Treynovsky, jeszcze jako dziecko ucieka z rodziną z Rosji do Nowego Jorku. Zaraz po przyjeździe ulega wypadkowi i zostaje porzucona na ulicy. Przygarnia ją włoska rodzina sprzedawców lodów, od której uczy się fachu. Musi ciężko pracować i udaje jej się przetrwać tylko dzięki sprytowi i pomysłowości. Kiedy dorasta zakochuje się w niepiśmiennym radykale Albercie - wsiadają razem do furgonetki z lodami i wyruszają w podróż po Ameryce. Powoli dziewczyna staje się Lillian Dunkle, nieugiętą bizneswoman stojącą na czele lodowej fortuny. Jej droga do wielkich pieniędzy i sławy jest nieodłącznie spleciona z dziejami Ameryki. Śledząc jej losy stajemy się świadkami prohibicji, drugiej wojny światowej czy czasów disco.
Malka Treynovsky mieszka z rodzicami i trzema siostrami w Wiśniewie. Brzmi znajomo? Zgadza się, w Polsce, czytając dalej dowiadujemy się że jest to niedaleko Białegostoku. Postanawiając opuścić świecącą biedą okolicę i wyjechać do Afryki Południowej do brata matki Malki. Zaraz zapytacie jak do Afryki, jak znaleźli się w Nowym Jorku? Otóż ojciec Malki w porcie zamienił bilety na statek do Ameryki. Zachęcony opowieściami współoczekujących, którzy twierdzili, że wszyscy są tam bogaci, a jedzenie dosłownie leży na ulicy. Rzeczywistość okazała się inna. Zamieszkali w jednym pokoju, wszyscy musieli pracować, a i tak brakowało im na jedzenie - klepali taką samą biedę jak poprzednio. Najmłodsze Malka i Flora, które mają 4 i 5 lat zarabiają śpiewając, tańcząc i pomagając ludziom w drobnych pracach domowych. Pewnego dnia zaginął ojciec rodziny, Malka wyrusza na poszukiwania i trafia pod koła wózku z lodami pana Dinello. Obrażenia są na tyle poważne, że jej noga zostaje już na zawsze zdeformowana i utrudnia to jej poruszanie się. Matka ją opuszcza, ale za to w ramach zadość uczynienia zabiera ją rodzina Dinello. Tam pomaga przy produkcji lodów oraz przyjmuje chrzest (jest Żydówką) zmienia imię na Lillian. Pracuje u nich aż do ślubu z Albertem Dunklem. Po niemiłym rozstaniu z rodziną Dinello razem z mężem zakłada własną firmę lodziarską. Ona zna się na interesach, natomiast Bert jest konstruktorem i cały czas wymyśla nowe innowacyjne maszyny do produkcji lodów. Wkrótce stają się jedną z największych firm lodziarskich w Ameryce.
"Królowa lodów..." przedstawia opowieść typu od zera do miliardera. Lillian sama własnymi rękami zbudowała imperium. W czasach kiedy była już uważana za "Królową" można dostrzec również jak pieniądze zmieniają człowieka. Jako już staruszka cały czas porównuje w jakich warunkach ona musiała dorastać, a co mają dzieci obecnie. Zazdrości im, że oni mogą pozwolić sobie na normalne dzieciństwo, a ona od małego musiała pracować. Cały czas ma wrażenie, że jej rodzina utrzymuje z nią kontakty jedynie dla pieniędzy.
Książka bardzo mi się podobała. Jest napisana bardzo prostym językiem, tak że szybko się ją czyta. Widać po tekście jak i przypisach, że autorka bardzo się przygotowała do jej napisania. Interesujące są w niej opisy działania różnych maszyn wykorzystywanych do produkcji lodów i wszystko z nimi związane jest opisane z najdrobniejszymi szczegółami.
Mogę się przyczepić do wydania - powinny być przypisy z tłumaczeniem do zwrotów i słów po włosku i w jidysz, których jest pełno. Tak jedynie mogłam się domyślać co one oznaczają.
Zdziwiłam się, że ta książka nie jest popularna - przeczytało ją jedynie 72 osoby na lubimyczytać. Dlatego zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję jeżeli chcecie poznać tajniki produkcji lodów.
Moja ocena: 9/10
Czytaj dalej
Wiosnę czuć już w powietrzu, dlatego i w mim kominku coraz częściej goszczą zapachy kwiatowe i świeże. Bohaterem dzisiejszego postu jest Pink Hibiscus od Yankee Candle, który mam w swojej kolekcji już długo i co jakiś czas go zapalam.
Opis ze strony sklepu: Jaskrawy i piękny... tryskający życiem, lekko cytrusowy bukiet zapachowy płatków tropikalnego hibiskusa.
Hibiskus znany jest najczęściej pod postacią herbaty. Dlatego jest okazja zobaczyć jak wygląda na żywo dzięki naklejce. Kolor samego wosku przypomina kolor kwiatu, czyli taką głęboką, malinową czerwień.
Zapach wydobywa się od razu po rozpaleniu i wypełnia całe pomieszczenie. Należy on do tych z rodzaju mocniejszych i intensywniejszych. Jest to taka mieszanka dwóch zapachów słodkiego i kwiatowego, zupełnie jak w herbacie. Dzięki kwiatowym nutom nie jest on za słodki. Przyznam, że jeszcze z takim połączeniem się nigdy nie spotkałam, jest to zupełnie inny rodzaj zapachu.
Yankee Candle Pink Hibiscus bardzo mi się podoba. Jest to zapach słodko-kwiatowy i myślę, że po wypaleniu tej tarty jeszcze do niego wrócę.
Czytaj dalej