"Moje życie obok" to książka, która często przewija się na blogach i Instagramie. Dosłownie wszyscy się nią zachwycają, więc postanowiłam sama zobaczyć o co ten cały szum. Zapraszam na recenzję.
Smantha to poukładana dziewczyna z dobrego domu. Chodzi do prywatnej szkoły, ma świetne oceny i jest praktyczne wzorem do naśladowania. Jej mama jest senatorem i ma pewną obsesję na punkcie sprzątania, lubi mieć kontrolę nad życiem własnym i córek. Kiedy kilka lat temu do domu obok wprowadzają się Garrettowie cały czas ma do nich jakieś "ale", ponieważ są oni głośni, ich dom jak i ogród jest w fatalnym stanie, a dodatkowe ciągle ich przybywa. Samanthę fascynuje ta rodzina. Po kryjomu ich podgląda, zna ich zwyczaje i charaktery. Wszystko się zmienia kiedy przychodzi do niej jeden z nich - Jase...
Książkę czyta się bardzo dobrze. Jest napisana dobrym, prostym językiem. Nie ma w niej jakichś wzniosłych sentencji, których w takich książkach nie znoszę. Nawet jako powieść hmm.. romantyczna dla młodzieży? to bardziej obyczajówka z elementami romansu. Nawet nie jest powieść erotyczna YA, co przyjęłam z ogromną ulgą (mam już takich po uszy).
Co do bohaterów, Samantha to taka nastolatka z dobrego domu. Jest aż nadto dorosła jak na swój wiek. Ma pełny plan na przyszłość i wakacje. Pewnie jest to zasługa wychowania i ciągłej kontroli. Widać, że nie podoba jej się życie jakie wiedzie, dlatego tak bardzo podoba jej się rodzina Garrettów, która jest ich całkowitym przeciwieństwem.
Jase jest chyba, aż za nadto idealny. Umie wszystko naprawić, zajmuje się młodszym rodzeństwem, zastępuje im rodziców kiedy nie ma ich w pobliżu i przedkłada szczęście rodziny nad własne. Chyba w każdej rodzinie wielodzietnej jest taki starszy brat, który zastępuje rodziców.
"Moje życie obok" to taka dobra obyczajówka. Nie jest ona może wybitna, ale jeżeli chce ktoś się zrelaksować z książką, która nie wymaga od czytelnika zbytnio myślenia to szczerze mogę ją polecić.
Moja ocena: 7/10
Czytaj dalej
Lubicie książki o wspomnieniach z czasów wojny? Ja bardzo, chociaż zdarzają się raz lepsze, raz gorsze. Wszystko zależy od osoby, która ją pisze i od tego czy pisała je zaraz po fakcie, czy kilkadziesiąt lat później. Zapraszam na recenzję.
Książka Wiesława Adamczyka opowiada o zesłańcach na Sybir. Nie są to przypadkowe osoby, lecz dzieci, które pomimo wielu przeciwnościom przeżyły te trudne czasy. Wszystkie te osoby wiąże jedno - w trakcie zsyłki i potem emigracji do takich krajów jak np. Iran prowadzili pamiętniki. Niektórzy sami pisali w nich swoje wspomnienia, lecz większość zbierała wpisy od swoich koleżanek i kolegów. I właśnie na podstawie tych pamiętników, czyli sztambuchów powstały te opowieści.
To już moje drugie spotkanie z tym autorem. Kilka lat temu, a dokładniej 4, przeczytałam jego pierwszą książkę "Kiedy Bóg odwrócił wzrok". Opowiada w niej swoje przeżycia na zsyłce oczami sześcioletniego chłopca, Wiesia. To cudowna książka, którą bardzo Wam polecam.
"Kwiaty polskie na wygnaniu" to tak jakby kontynuacja poprzedniej książki. Przez wiele lat autor spotykał się z innymi dziećmi, obecnie już starszymi osobami wypędzonymi na Sybir. Zbierał również pamiętniki tych osób, które napływały do niego z całego świata.
W książce przedstawione są opowieści, wywiady przeprowadzane właśnie na takich spotkaniach. Każda opowieść chociaż jest inna, inaczej się zaczyna, to wszystkie łączą się w całość. Wszystkie te osoby trafiali do tych samych, czy sąsiednich miejscowości, czy jechali tą samą trasą, więc ma się wrażenie, że to dalej ta sama opowieść.
To byli tacy mali dorośli. Zostali wyrwani z bezpiecznego okresu dzieciństwa i musieli zacząć pracować, myśleć o tym żeby przeżyć i martwić o młodsze rodzeństwo, jeśli takie mieli. To mali patrioci, każdy wpis do pamiętników był opatrzony dedykacją, jakąś sentencją, która wyrażała swoją miłość do ojczyzny, wolę walki i nadzieję na odbudowę kraju.
Kiedy ta tułaczka się skończyła, dzieci, już nie-dzieci stawali się dorosłymi, czy nastolatkami. Cała książka opatrzona jest licznymi zdjęciami więc można prześledzić życie takiego małego sybiraka na każdym jego etapie. Po wszystkim to nie były te same dzieci, to były dzieci w skórze dorosłych w niektórych przypadkach np. w przypadku samego autora lub chociaż mieli te dwadzieścia lat wyglądali na dwa razy tyle. Nie mieli okazji być dziećmi, musieli od razu stać się dorosłymi, ominął je ten ważny etap w życiu.
W książce zawarte są liczne strony z pamiętników, wybrała kilka z nich, żebyście sami mogli je podziwiać. Niesamowite jest to, że rysowały je dzieci, które często miały przy sobie jedną, dwie kredki i wymieniali się nimi z innymi. Podziwiam ich talent. Nie wszyscy wcześniej chodzili do szkoły, a jak chodzili, to dopiero ją zaczynali. Nie wiem zupełnie skąd u nich ten talent, nawet najprostsze rysunki były wykonane znakomicie.
Książkę Wiesława Adamczyka jak najbardziej polecam. Zarówno tą jak i wspominaną już "Kiedy Bóg odwrócił wzrok". To niezwykłe pozycje, które dają wiele do myślenia. Można poczuć jakby samemu się było na Syberii.
Moja ocena: 8/10
Czytaj dalej
Nowy Jork, jedno z najbardziej znanych miast na świecie, niektórzy twierdzą, że to centrum Ziemi. Jak powstał, kiedy, jakie wydarzenia zmieniły jego losy? Na te pytania odpowiada książka Magdaleny Rittenhouse. Zapraszam na recenzję.
Autorka opisuje miasto poprzez jego dzieje, jego mieszkańców, czy budowli i instytucji. Zaczyna od samych zaczątków, od przybycia holenderskich odkrywców na wyspę Mannahatta i odkupienie jej od Indian. Kolejnym etapem jest ekspansja osadnicza i przybycie pierwszych osadników statkiem Mayflower. Trudne początki imigrantów i ich losy od przybicia do portu...
Nowy Jork to nie tylko budynki, ale też ludzie. To oni zbudowali to miasto. Gdyby nie chcieli się tu osiedlać teren ten byłby zapomniany. Ameryka w Europie była opisywana jako kraj wielu możliwości, kraina mlekiem i miodem płynąca, gdzie pieniądze rosną na drzewach. Dlatego wiele osób skuszonych tym bogactwem opuszczało swój - często biedny - kraj i wypływało w poszukiwaniu szczęścia i dostatku. Tym sposobem Nowy Jork to miasto bardzo zróżnicowane pod względem etnicznym i kulturowym. Nawet powstawały dzielnice m.in. żydowska, irlandzka, włoska, czy niemiecka, bo to głównie oni tu przybywali.
Książkę odbieram dobrze, autorka umie zaciekawić. Początkowe opowieści bardziej mi się podobały niż te współczesne. Po prostu bardziej interesowały mnie dawne dzieje tego miasta, niż te obecne.
Całość jest przedstawiona jako reportaże. Czytelnikowi wydaje się, że przechadza się po ulicach tego miasta, rozgląda się na boki i do góry i poznaje historię wsiąkniętą w jego mury.
Książkę Magdaleny Rittenhouse mogę Wam polecić. Dzięki tej pozycji poczujecie się jakbyście sami tam byli bez wychodzenia z domu.
Moja ocena: 7/10
Czytaj dalej
Recenzowałam na blogu inną książkę Jakuba Małeckiego "Dygot", która bardzo, ale to bardzo mi się spodobała (recenzję możecie przeczytać tutaj). Byłam pod jej wielkim urokiem i musiałam sięgnąć po kolejną książkę tego autora. Pewnie już wiecie, że również "Ślady" bardzo mi się podobały jeżeli czytaliście podsumowanie roku. Zapraszam na recenzję.
Całym tłem powieści jest śmierć Tadeusza Markiewicza. Ginie on podczas wojny. Rozpoczyna się historia opowiedziana przez losy wielu ludzi. Wydaje się pozornie, że nie są oni zupełnie ze sobą związani, ale wraz z biegiem książki wszystko się wyjaśnia. Wszystkie koligacje między bohaterami są już poznane, a łącznikiem ich wszystkich jest właśnie Tadeusz.
Tadeusza poznajemy z perspektywy pocisku, a raczej tego, który tym pociskiem kieruje. On wie dla kogo jest przeznaczony jeszcze kiedy nie miał formy kuli. To On będzie przy nim w chwili śmierci. To na niego po raz ostatni spojrzy Tadeusz jako ludzka forma i po raz pierwszy jako dusza.
Kolejny jest Chwaścior. Pochodzi z Kwilna tak jak Tadeusz. Jest uważany przez całą społeczność za takiego niegroźnego głupka, który chodzi po wsi i opowiada bajeczki, wśród nich są przepowiednie, m.in. że będzie wojna, że Tadeusz zginie, jak kto zginie i wreszcie jak sam zginie i jak będzie wyglądać jego pogrzeb. Kiedy zaczynają się sprawdzać, ludzie chcą go zabić. To przykład takiego zacofania społeczności, pomieszania religijności z zabobonami, co już można było zobaczyć w "Dygocie".
Ludwik mieszka w Warszawie, tuż po wojnie żonę przygniata mur z cegieł. Eustachy chodzi z dziadkiem na wydmy w których mieszka smok i kiedyś zabrał Pawełka - brata dziadka. Eugenia - traci w wypadku samochodowym całą rodzinę, grzebie w ogrodzie zwierzęta potrącone w tym miejscu, kiedyś chce sama być tam pochowana. Franek - jako dziecko był światkiem śmierci pięciu osób po zatruciu metanolem, od tej pory codziennie ich widzi. Bartłomiej to syn Eustachego urodził się w ciszy, potem całe życie krzyczy. Andrzej ma halucynacje, kiedyś w Kwilnie zrobił coś złego i nie może o tym zapomnieć. Oskar od dziecka jest bardzo uporządkowany, jakaś niewidzialna siła ciągle go ściga, ma oszpecone pół twarzy. Teresa, jej ojciec i brat umarli przez zatrucie metanolem, opowiada nieznanej parze swoje niby zwyczajne życie. Julia wspomina dobre chwile ze swoim bratem Szymonem. Agata opiekuje się Irkiem, który jest sparaliżowany po wypadku samochodowym w którym zginęły dwie osoby. Klaudiuszc - wnuk Ludwika dziedziczy po nim działkę w Kiełpinie gdzie zginął Tadeusz, postanawia zamieszkać tu z żoną Julią. Bożena, córka Ludwika kiedyś modelka i aktorka teraz traci pamięć. Olo, kolega Klaudiusza, jedzie pociągiem i obserwuje starszą parę, nienawidzi wszystkich i wszystkiego. Starszy pan (ten z pociągu) cierpi po stracie żony. Tymoteusz syn Bożeny spotyka się z Agatą. Witold ma zdeformowaną twarz, od urodzenia mieszka w szpitalu. Bolek - Mój, tajemnicza siła, która kierowała kiedyś pociskiem jest teraz w nim. Jest inny niż wszystkie dzieci. Czuje wszystko co kiedykolwiek było na tej ziemi, wszystko co jest pod ziemią. Przywołuje zwierzęta i rozpoczyna koniec świata.
Bohaterowie mają w sobie coś innego, typu widzą różne rzeczy, czy je czują, przytrafiają im się różne tajemnicze zdarzenia, borykają się z ciężkimi do wyjaśnienia problemami. Kiedy przeczyta się całość, dojdzie się do wniosku, że wszystko jest ze sobą związane. Wszyscy są jakoś powiązani z Tadeuszem, chociaż nie żyje już od kilku, kilkunastu, czy kilkudziesięciu lat - w zależności od bohatera powieści - czy go znali, czy nie to i tak zostawił po sobie w nich ślad.
"(...) rozumie, że nieważne, ile będzie miał jeszcze kobiet, ile pieniędzy zarobi, ile krajów odwiedzi, ile przeczyta książek i ilu followersów zdobędzie na Instagramie, bo i tak zostanie po nim zaledwie kilka bladych śladów."
Co to za osoba, siła która kieruje losami bohaterów, torem pocisku, czy była w Bolku? Można tylko się domyślać, może to śmierć? A może jeszcze co innego.
Cała książka składa się z krótkich kilkustronicowych opowieści łączących książkę w całość. Dodatkowo zawiera wiele map, nie takich rysowanych, tylko prawdziwych map topograficznych.
To już kolejna książka tego autora, która mnie zachwyciła. Jest bardzo tajemnicza, nawet metafizyczna. Ciężko jest mi ubrać w słowa swoje odczucia, bo sama nie wiem jak je nazwać. Przez całą powieść czułam całą gamę uczuć, często bardzo skrajnych.
Książkę bardzo polecam, chociaż przyznam, że pewnie nie wszystkim się ona spodoba. Nie jest to książka lekka, którą można przeczytać od tak w wolnej chwili.
Moja ocena: 10/10 ulubione
Czytaj dalej
Dzisiaj post nie książkowy, tylko zapachowy! Dawno u mnie nie było recenzji wosków, ale nie przestałam ich palić ;) Chcę przestawić zapach, który mam już od dawna i palę go też już długi czas, a jest to Bramble Jelly z Busy Bee Candles.
Woski Busy Bee nie są bardzo znane, a powinny. Robione są z wosku sojowego i nie jest tak, że pachną gorzej niż te z Yankee, czy innych firm. Koszt takiego wosku to ok. 7 zł. Wosk zamknięty jest w plastikowym pudełeczku zamykanym na zatrzask, co jest niezwykle wygodne. Z krojeniem nie ma problemu, bo jak pewnie się domyślacie woski sojowe są bardzo plastyczne, a na jedno palenie wystarcza niewielka ilość, tylko taki cieniutki paseczek. Po wypaleniu nie trzeba wiele zachodu, żeby wydobyć pozostałości z misy kominka. Wystarczy wyciągnąć go chusteczką lekko napierając palcami.
Rozpuszcza się bardzo szybko i równie szybko wypełnia pomieszczenie zapachem.
Wosk, który mam to zapach jeżynowej galaretki. Jest słodki, owocowy i bardzo ładny. Pachnie naprawdę jak taka owocowa galaretka, jeżynowo-jagodowa. Nie jest to zapach prawdziwych owoców, tylko taki bardziej przetworzony, jak właśnie deser, czy jako jego dodatek.
Zapach polecam dla wielbicieli zarówno zapachów owocowych, jak i słodkich.
Czytaj dalej
Biorąc książkę z półki w bibliotece nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Książkę znałam już wcześniej, piękna okładka przyciąga oczy, ale już tak mam, że nie zagłębiam się zbytnio w jej opis. Zapraszam na recenzję.
Historia kilku osób ze sobą związanych. Sebastian, młody farmaceuta ze Śląska zostaje ojcem. Od tej pory cały czas myśli, że coś się stanie jej córce, albo żonie. O tym ile jest niebezpieczeństw na świecie. Wyobraża sobie wypadki samochodowe, choroby, porwania i morderstwa. Od swojego dawnego nauczyciela dowiaduje się o mordzie na 200 dzieciach w szpitalu psychiatrycznym w czasie wojny. Po tym momencie zaczyna dostrzegać rzeczy o których się nie spodziewał...
Będzie to trochę inna recenzja, składająca się z cytatów. Chcę, żebyście sami po nich doszli do wniosków. Czy wszystko jest takie jak się do końca wydaje?
Sebastian
Udaje się na górę Żar, gdzie jak niektórzy twierdzą nie działa grawitacja.
"(...) że tam jest dziwna energia. Odwrotna. (...) Ledwie trzydzieści kilometrów stąd zmieniano skutecznie stany skupienia. Ze stałych w gazowe. Z krwi i kości w popiół i pył."
"Piękna okolica podoba się przecież wszystkim, i farmaceutom ze Śląska, i esesmanom z Auschwitz. przecież to też tylko ludzie. Też po robocie chcą mieć fajrant, pojechać gdzieś pooddychać świeżym powietrzem, w którym być może nieco mniej popiołu."
Gertruda - lekarka w szpitalu psychiatrycznym, gdzie zabijano dzieci. Na procesie uniewinniono ją.
O jej dzieciństwie:
"Dzieci trzeba ćwiczyć! Dzieci trzeba prostować! Dzieci mają być jak struna! Należy je uciszać za pomocą bicia. Bić tak długo, aż pojmą."
"(...) dziecku od zarania samego trzeba było wpajać, że jest ostatnie w kolejności dziobania."
"Ojciec i matka wpajali nam największy szacunek do dorosłych, a zwłaszcza do ludzi starych, niezależnie od tego, kim byli. Nauczono mnie, że moim największym obowiązkiem jest pomagać każdemu w razie potrzeby oraz że mam spełniać bezzwłocznie wszelkie życzenia i polecenia (...). Jeśli wydano ci rozkaz - wykonaj go! Być posłusznym lub umrzeć!"
"Moja siostra Elza garbiła się, a ja miałam koślawe kolana. Ojciec zakupił więc stosowne uprzęże, w które nas zakuwano (...). Na moich chudych nogach zapinano klamry, które ściągały krzywe łydki do środka, a między kolana wsadzano mi kamień (...). Elzie nakładano na głowę i barki rodzaj chomąta i stała tak, podczepiona pod sufit."
"Kiedy siedziałyśmy przy stole, na głowy zakładano nam skórzane opaski, które przymocowane z tyłu do krzeseł ciągnęły nas w odpowiednią stronę, tak by kręgosłupy nie garbiły się."
Podczas przesiedlenia wszyscy Niemcy byli zdani na łaskę zwycięzców. Panowała bieda, głód i śmierć.
Zefka - ciotka Karoliny (żony Sebastiana). Była na robotach w Niemczech gdzie rodzina do której trafiła traktowała ją jak córkę. Musiała jednak wracać na Śląsk do którego zbliżała się Armia Czerwona.
"Kto patrzy na wschód, czuje strach. Mówią ludzie, że jeszcze zatęskni ta ziemia za gestapo i SS jak przyjdzie ruski kacap. Polaków nie oszczędzają, swoich nie żałują, to co zrobią jak na Śląsk przyjdą?"
"Córko, żono, matko, jest dla nas tylko jedno wyjście - samym zadać sobie śmierć. Ze swojej łagodnej ręki. Nim przyjdzie nam patrzeć na to, jak piekło nas wszystkich pochłonie."
"Frau komm - rozlega się głos w pokoju gdy wpadają do środka żołnierze. Ale żadna frau nie pójdzie z nim ani z nikim. Wszystkie frau wiszą na sznurkach, leżą z podciętymi żyłami, pływają jak dmuchane zabawki pod lodem na jeziorze."
"Józef Stalin pyka z fajki i powiada: i cóż jest odrażającego w tym, że po tych okropnościach człowiek zabawi się z kobietą? Trzeba zrozumieć, że Armia Czerwona nie jest idealna. Ważne, że bije się z Niemcami - i bije się dobrze, a reszta nic nie znaczy."
Ryszard - jego matka umawia się z Niemcem, a on i inne jej dzieci są im niewygodni. Trafia do szpitala dla umysłowo chorych dzieci, tam gdzie pracowała Gertruda.
Dzieci umierały nie tylko przez podawane im leki, eksperymenty, czy badania, ale też od chorób takich jak zapalenie płuc. Zabierali z domu dzieci, a po kilku tygodniach mówili rodzicom, że ich dzieci nie żyją - co było nieprawdą.
Adik - ulubieniec matki, wszyscy musieli mu na wszystko pozwalać. Wpadł do zamarzniętej rzeki, ratuje go Johann Kuchberger, czego potem żałuje - uratował Adolfa Hitlera.
"Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wydało okólnik, w którym zarządzono, aby akuszerka, która pomagała przy narodzinach dziecka składała meldunek w urzędzie zdrowia, jeśli zachodzi podejrzenie, że dziecko jest dotknięte następującymi ciężkimi wrodzonymi wadami: idiotyzm oraz mongolizm, ślepota, głuchota, małogłowie, wodogłowie, ułomności wszelkiego rodzaju, zwłaszcza brak całych kończyn, ciężkie deformacje głowy u rozszczepienie kręgosłupa, porażenia."
"60 000 reichsmarek kosztuje społeczeństwo przez całe swoje życie ten chory na chorobę dziedziczną."
Tytułowa "Góra Tajget" to masyw górski w Sparcie. W starożytności zrzucano z niego chore noworodki oraz osoby z różnymi ułomnościami.
Jeżeli ktoś się interesuje historią wie, że historia Śląska w czasach wojennych jest dość specyficzna. Wielu z nich trafiło do armii niemieckiej, przez co ZSRR traktowało ich jak Niemców, dlatego spadły na nich większe prześladowania.
W tej książce nie chodzi o samą historię, tylko o emocje jakie wywołuje u czytelnika. Może źle się wyraziłam, historia jest tu bardzo ważna. "Góra Tajget" jest bardziej poruszająca od "Złodziejki książek". Jest to dość ciężka lektura. Sama dość długo ją czytałam, bo musiałam sobie robić przerwy. Na poukładanie w głowie całej historii i na odpoczęcie od tych wszystkich emocji. Książka aż ocieka śmiercią, cierpieniem i pierwotnym lękiem. Chociaż jest to fikcja, to jest wzorowana na podstawie historii szpitala dla chorych psychicznie w Lublińcu.
"Górę Tajget" bardzo polecam.
Moja ocena: 9/10
Czytaj dalej